niedziela, 2 września 2012

Zuziolec.

Jest!!!! Kruszynka jest z nami tu na tym świecie!!!! O 2.30 w nocy, 25 sierpnia, przez cesarskie cięcie urodziła się Zuzanka.

Oczywiście wszystko nagle, ale trochę tak jak czułam, przed czasem - znaczy terminem porodu, i.. jak pójdę do spowiedzi... tak jakoś czułam...

W piatek po południu pojechaliśmy do szpitala, ja trochę przerażona, bo śluz zaczął robić sie brunatny i bałam się czy nei odkleja się łóżysko i czy zaraz nie pojawi się krew!!!

W szpitalu okazało się, że to normalny symptom zbliżającego porodu - ponoć odchodzący czop (e?), ale skoro przyjechałam to mnie zatrzymaja, choc moge leżec jeszcze cały tydzień..... Dodatkowo powiedziałam, że z rana czułam mniej ruchów niż zwykle i że to niby powód zatrzymania nas. Ja wielce niepocieszona, ale co zrobić? W nocy aż sie popłakałam, że musze tam leżeć bez M.

Ale.... juz ta noc okazała się ostatnią z Bąblem w brzuchu! Skurcze (jak się później okazało) jeszcze mało bolecne ale już regularne. Więc ja co - po 2,5 godzinach do Pani położnej. Po kolejnym badaniu zawieźli mnie piętro wyżej, tam położyłam się z informacją, że to jeszcze długo... Musi mnie boleć cąły brzuch.... Podłączyli mnie już pod kolejne KTG i.... za chwile odeszły mi wody!!!! a wtedy skurcze bolały oj bolały, a ja się ruszyć nie mogłam.
Wody były zielone - a to chyba dlatego, że miałam w ciązy jakieś zakażenie bakteryjne - zaczęła więc położna badać co tam i jak tam i wtedy zobaczyła, że Babel leży pupą do wyjścia. No więc..... cesarka!!!

Lekarze którzy przyszli do zabiegu patrzyli na mnie kręcąc głową, że niby nie powiedziałam.... A przeciez on przyjmując mnie - po pierwsze miał moje ostatnie usg przed sobą, a po drugie sam przyjmując mnie też powinien zrobić usg. Ale cóż.

Wtedy dopiero mogłam w biegu zadzwonić po M. Choć ciągle pisałam mu smsy jak rozwija się akcja. Jak przyjechał byłam już na sali. Znieczulenie zewnątrzoponowe. Wszystkiego byłam świadoma - więc się cieszę - choć trochę bolało - znaczy te wszystkie zabiegi po wyjęciu Malca. Dziewczynki!

Jak już wywieźli mnie z sali, jeszcze chwile poleżałam i zaraz nam ją przynieśli. JAKI TO BYŁ ŚMIESZNY GNOMIK!!!!! Myślę sobie: "ojojoj" :))) A Zuzia - już od pierwszego przystawienia zaczęła pięknie ssać!!!!

W szpitalu byliśmy 5 dni. Malutka musiała mieć antybiotyk i kroplówki dwie... :( Miała coś z elektrolitami - musieli jej podawać, bo było jakoś za mało.

Ogólnie wypisali ją już zdrową... I mam nadzieję, że tak będzie. Że będzie przybierać na wadze - bo ślicznie ssie (mam nadzieję, że nie za rzadko - bo i tak muszę ja budzić i czasem przerwa jest dłuższa niż 3 godziny).

Takie mamy małe zmagania... czasem boli brzuszek i jest trochę płaczu, ale z reguły jest bardzo grzeczna. Na razie pojawiają się takie małe wątpliwości - co można jeść - bo niby wszystko, ale tego lepiej nie i tamtego też.... Ech. I czy nie za ciepło ubrana czy nie za lekko. Czy jak raz zjadła, a za chwile nie usypia, dalej płacze, ssie rękę to dalej dawać jeść? Czy jej się nie przekarmi? A co z czkawką? Kichaniem? Tysiące pytań. Jutro przychodzi położna może rozwieje trochę wątpliwości...

czwartek, 23 sierpnia 2012

To ile to jeszcze?

No kto? Kto wie ile to jeszcze? Kiedy trzeba mnie będzie wieźć na porodówkę? Wolę o tym nie myśleć, ale w końcu stanie się. Ciągle boję się czy teraz czegoś nie przegapiam.... Czy czymś się powinnam niepokoić, z czymś zgłosić się na izbę przyjęć, a tego nie robię....  Brzuch mi w sumie dość często twardnieje, ale tylko na chwilę - więc biorę to za skurcze przepowiadające - choć ciągle żaden z nich nie boli. Więc tak czekam.  Czekamy.
M. już bardziej niecierpliwy - przemawia Bąbelkowi do rozsądku, żeby jednak już zawitał tu do nas - choć może nie będzie to dla niego wcale przyjemne bo tak uroczym i bezpiecznym mieszkanku jak ma teraz :)
Mi spieszy się o tyle mniej, że będę musiała osobiście przeżyć ten poród... i pobyt w szpitalu :P

Staram się po prostu o tym nie myśleć.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Czterdziestka.

Dziś zaczynamy 40. tydzień. Czterdziesty!!!! Czyli już naprawdę bardzo, ale to bardzo blisko..... Ja naprawdę tego sobie nie uświadamiam.... Wiem, że blisko, ale że aż tak?
I wciąż - i chcielibyśmy i boimy się. Zmęczenia, niechęci, złości.... Znudzenia i braku miłości.... Ale czy można na podstawie czyjegoś dziecka ocenić jak będzie z własnym?   Chyba na szczęście nie!!!!! :)

Nasz Bąbel... Bąbelek... Bombcio.....

piątek, 17 sierpnia 2012

Nadzieja.

Minęły pochmurne, zimne i deszczowe dni. Znów pokazało się słońce i uśmiecha się do nas!!!! :) Naprawdę na mnie to działa jak bateria - jestem uzależniona od słońca!!!

I od razu jakoś tak się optymistyczniej zrobiło. Znów z wielką radością czekam na dzidziusia - mniej we mnie lęku i strachu.... Znów chodzę wokół łóżeczka i wyobrażam sobie jak leży tam dzidzi.

Nawet jak trochę popłacze... Poradzimy ;-)   

czwartek, 16 sierpnia 2012

Noc.

Ostatnio jakoś najgorsze są noce i wieczory. Boję się ich. Najchętniej gdzieś bym wybywała i wracała już zmęczona, że tylko położyć się spać... Nie wiem.... czy wtedy najwięcej myśli w głowie - tu niby głowa odpoczywa po całym dniu i myśli o tym, co ją czeka....

I wtedy przypomina się poród i wszystkie szpitalne niewygody.... Czemu wydaje mi się to takie nie do przeżycia? Czemu wydaje mi się to takie krępujące?? Czemu boję się, że wyjdę o wiele gorzej niż inne matki - nie potrafiąc radzić sobie z naszym Malcem? Tak mi się właśnie ciągle w głowie przewraca......

A noc? Chyba nie chciałabym, żeby wszystko zaczęło się w nocy.... Na wpół przytomnemu trzeba by wstać, przygotowywać się do wyjazdu.... A w nocy jakoś takie wszystko straszniejsze i czarniejsze się wydaje.... I człowiek taki zmęczony..... Ja np. od razu łapie nerwa.... ;-)

A w dzień - tak jak teraz - jestem przecież o wiele bardziej świadoma, przygotowana, żeby ewentualnie... zabrać manatki i ruszyć w drogę! ;-)

Ale tak naprawdę.... Wszystko jest i tak wielką niewiadomą - i może mnóstwo osób opowiadać jak to wyglądało w ich przypadku... Dla nas i tak i tak.... będzie to wielka niewiadoma i wielka NOWOŚĆ.....

wtorek, 14 sierpnia 2012

Bez pośpiechu.

Dziś zaczynamy 39. tydzień.  A ja jakoś z tego wszystkiego nadal nawet za bardzo nie cieszę się, że już bliżej jak dalej.... Matki przecież tak bardzo nie mogą się doczekać, kiedy zobaczą wreszcie swoje Maleństwo... A ja? Cieszę się, że ono żyje, że siedzi sobie w brzuszku, że jest tam szczęśliwe....
I tak się sama zastanawiam dlaczego tak jest? I odpowiedź szybko przychodzi na myśl.... Ten strach przed szpitalem - nie przed samym porodem czy bólem, ale przed szpitalem, lekarzami.... Tym, że będę musiała tam trochę spędzić....
A po drugie? Urodzenie Malucha siostry - te narodziny miały być dla mnie nauką, a stały się w dużej części przerażeniem - że początki wcale nie są łatwe.... Już teraz na szczęście Malutka potrafi być taka fajowa i spokojna :) I na taką super się patrzy ;-)

Zastanawiam się też nad tymi pierwszymi dniami w domu.... Nad  organizacją życia, posiłków, opanowania naszego Bąbla i jego potrzeb. Jak jeździmy do mamy - widzę ten spokój siostry, która zawsze może o coś dopytać mamy, która już to przeszła x3. A poza tym... Mama dba o posiłki, dietę.... A to mega wielkie ułatwienie... Siostra może zająć się ogarnianiem córki!
I tego też się boję.... jak to wszystko będzie... Mama 28 sierpnia idzie do szpitala na drugą chemię...  Może jej nie być gdy będę rodzić, gdy wyjdę ze szpitala.... A jakoś będzie sobie trzeba radzić... I bardzo boję się tej bezradności, nieporadności i miliona znaków zapytania........

Naprawdę - sama się sobie dziwię, że tak reaguję na końcówkę tej ciąży. Ale co? Co zrobić? Nad uczuciami się ponoć nie panuje... Modlę się o pokój w sercu i o siły w przejściu tego wszystkiego. Z dnia na dzień dociera też do mnie, że bardzo zmieni się nasze życie, wiele rzeczy nie da się już robić. Wiele rzeczy zmieni swój bieg.....
Czasem myślę, że nadal nie dorośliśmy do roli rodziców - że będziemy jak dzieci we mgle, że nam się nie będzie czegoś chciało, że o czymś zapomnimy, zaniedbamy :/ Że nas po prostu to wszystko przerośnie......

Ale nic :) Jest też czas, kiedy podchodzę do tego ze spokojem ;-) W nocy mam wrażenie, że miałam taki bolesny skurcz i jakaś taka byłam pełna spokoju myśląc, że może jutro będę jechać do szpitala rodzić. Wiec może jak właściwa pora nadejdzie wszystko się we  mnie zmieni? Brzuch już mi się chyba obniżył... :) Bo że Bąbel coraz cięższy to nie mam wątpliwości już naprawdę ledwo chodzę, choć mój brzuch wygląda na 6 miesiąc!

czwartek, 9 sierpnia 2012

Przerażenie.

Pojawienie się Maleństwa u siostry miało być dla mnie dobrym wstępem do mojego macierzyństwa. Ale czy nie za mała ta przerwa? Na razie - choć coraz mniej - w mojej głowie wiele lęku połączonego z przerażeniem.
Czy dam radę nie płakać razem z dzidziusiem.....?

Siostra miała (ma?) problemy z karmieniem - myślę, że wina lezy po stronie personelu szpitalnego przede wszystkim, które zamiast pomagać przystawiać, głodnemu dziecku podawały strzykawką glukozę. I co? Po powrocie do domu - Mała chce w ten sam prosty sposób pokarm, a tu nie ma! Płacze Biedactwo z głodu, ma pod nosem pierś a nie umie ssać..... I co tu robić?? Jak pomagać?? Serce się kraje, dwa razy nie wytrzymałam i pociekły łzy z bezsilności..... Zobaczyłam i odczułam jak trudno wytrzymać płacz dziecka, na który nie bardzo można poradzić!!!!! A tu... trzeba być silnym i wytrwałym, bo podając butelkę po prostu przegrywasz.......



Ale na szczęście jest coraz lepiej :) różnymi to sposobami dziewczyny uczą się siebie i karmienie jest coraz dłuższe i owocniejsze. A siostra łapie odwagę póki co mieszkając z Mężem i Mała u mamy.




Ja więc powoli dochodzę do siebie, po pierwszym szoku, gdy nie wiedziałam czym bardziej się przejmować - zbliżającym porodem, problemami z karmieniem czy po prostu tym częstym płaczem niemowlęcia - bo to wszystko pewnie nadejdzie....
Ciekawe gdzie wtedy będzie mama... Czy będzie miała kolejną chemię.... Czy będzie w domu....

Torba już właściwie spakowana.... Zobaczymy co się będzie działo.... I kiedy? Ale cieszymy się z każdego dnia, bo przecież z dzieckiem WSZYSTKO się zmieni i już teraz widzimy choć po części jak bardzo.....