wtorek, 25 lutego 2014

Jeszcze o mądrości dziecka i pracującej matce.

Każda z mam musi w końcu podjąć decyzję czy wracać do pracy/szukać jej czy zostawać z dzieckiem i każda jakąś decyzję podejmuje - najlepszą jak jej się wydaje. Nie będę tu teraz się nad tym rozpisywać, chciałam tylko pokazać moją jedną przygodę. Z wczoraj.
Ale jeszcze trochę wstępu :) Ja wróciłam do pracy, jak Zuz skończyła rok i miesiąc. Bo żeby zostawić ją zaraz po macierzyńskim plus nawet po wykorzystanym zaległym urlopie było dla mnie niewyobrażalne! Ona była tak mała i nieporadna..... Ale w październiku - zostawiając ją - byłam całkowicie spokojna! Plus oczywiście fakt, że nie musiałam jej oddawać do żłoba - bo bym się mocno zastanawiała nad tym rozwiązaniem, tylko opiekuje się nią moja młodsza siostra.  A więc cały czas jest wśród bliskich, na górze ma prababcię, wujka - jak nie jest w pracy, no i tatę, jak w niektóre dni w tygodniu jest między lekcjami i dodatkowymi zajęciami w domu. Nie mam nigdy problemu, że moje dziecko jest spłakane, nieszczęśliwe. Choć wiadomo - im starsze tym dobitniej okazuje swoje niezadowolenie, że tata wychodzi (bo ja to raczej jak ona jeszcze śpi), a do opieki przychodzi ciocia. Ale jakby szybko przyjmuje, że rodzice muszą iść. Ale wracają! I nie będę ukrywać, że inaczej obserwuje się rozwój dziecka będąc z nim praktycznie cały czas, a inaczej, gdy 8h największej aktywności dziecka spędza się w pracy. Dlatego, gdy jestem na urlopie czy zwolnieniu to patrzę aż z podziwem na nią - choć z drugiej strony po takim całym dniu - to jestem zmęczona... Bo ciocia Zuzi tylko ją pilnuje.. Ja usiłuje coś w między czasie robić, a Przylepa rzadko na to pozwala :) Poza tym ona jest te parę godzin, ja od rana do wieczora. To tak odnośnie mojego zmęczenia nią :) Pracując po prostu odpoczywam od domu :D

A teraz ta historia...
W ogóle nasza córa zasypia u nas w łóżku, nie byliśmy w stanie nauczyć jej samej zasypiać w łóżeczku. Było tyle płaczu, a zasypianie koło mnie czy koło nas - sprawdziło się, więc tak w tym trwamy, choć teraz np. potrafi nieźle któreś z nas kopnąć, jak tak się wierci przed zaśnięciem. Często padamy z nią (22.00) i jak się M. przebudzi, to ją przekłada do łóżeczka. No i właśnie.. Rzadko się póki co zdarza, żeby ona całą noc w tym swoim łóżeczku przespała. Raz wcześniej, raz później wskakuje z powrotem do nas. I ostatnio coraz częściej myślę, że to przez to, że wróciłam do pracy... Wie sobie ten mały człowieczek, że jak się budzi, to mamy już nie ma, więc chce jeszcze  w nocy mnie przy sobie zatrzymać, a może myśli, że jak będzie blisko, to nie pozwoli mi do tej pracy pójść....
No i z reguły pomimo, że rano śpi już między nami, wstaję z łóżka bez problemu, czasem całując ją w czółko. Ale wczoraj spała niespokojnie, a dodatkowo ja wychodziłam później niż zwykle i później wstawałam. Gdy wydawało mi się, że chwilowo przysnęła mocniej - uciekłam. Ale mała się zczaiła i podniosła alarm. No płacze. M. próbuje ja utulić, uspokoić - nieraz mu się to zresztą udawało w podobnych sytuacjach. Ale przypomnę. Ona coraz starsza i coraz mądrzejsza. :P:P Tym razem ryk był coraz większy i coraz bardziej "dramatyczny". No więc co. Puścił ją, a ona przydreptała do mnie do łazienki. I nie, że przytula się tylko czy coś. Ona mnie ciągnie za piżamę aż do pokoju, do łóżka. i dopiero wtedy się uspokaja. Ale ja przecież muszę iść! Mówię do niej jak do mądrego dzieciaka - "Kochanie, mama musi iść do pracy, ale wróci do Ciebie, naprawdę muszę iść." i ona to rozumie, bo płakać znów zaczyna...
Nie dała się zostawić w łóżku... Wstała więc ze mną. Na szczęście ulubione bajki wygrały z tęsknotą za mamą. Bo niestety, to już wiek, kiedy ruszający się kolorowy obraz przyciąga mega uwagę... I nasza Mała jest w to wciągnięta.. Ale dzięki temu ubrałam się i wyszłam bez większego problemu. Z myślą taką, że gdybym nie pracowała, Zuz nie musiałaby tęsknić..
I może to z boku wydaje się normalne, ale dla mnie była to pierwsza historia tego typu, że ten Maluch, który choć jeszcze nie mówi, potrafi tak dobitnie pokazać czego chce...

poniedziałek, 24 lutego 2014

Nie za mocno dzieciowo?? ;-)

Ale to będzie rok... :) Jeszcze chyba nie było roku, żebym usłyszała o tylu ciążach bliskich mi osób! W ten weekend kolejna, niespodziewana i choć nie do końca planowana, z powodu dość ciężkiej choroby i silnych leków branych przez ową (już) mamusię to na pewno sprawiająca wiele radości. I oby silny nawrót choroby nie nastąpił, oby ta mamusia nie musiała tych leków brać. Żeby maleństwo się silne i zdrowe narodziło, bo na pewno zrobi w życiu rodziców pozytywną rewolucję :) Bo wyszło tak, że nasza Wspólnota - Ekipa, w której się spotykamy to paczka przyjaciół na dobre i na złe. Można porozmawiać z ludźmi co mają takie same wartości, można porozmawiać o Bogu i można pośmiać się do łez, wyjść do restauracji, umówić się na wspólne robienie gofrów, grilla albo po prostu wpaść niezapowiedzianie.... :)
Cztery małżeństwa z podobnym stażem. Dobra. Nie z wszystkimi są tak samo silne więzi, ale zbierając wszystko w kupę to tak jest :) No i Zuz rozpoczęła tą przygodę dzieciową, potem urodziła się jeszcze jedna niunia.. A w tym roku, teraz wszystkie 4 jesteśmy w ciąży! Jedna po dwóch poronieniach, tym razem już na wylocie - maj. Potem ja i mama tej jednej już niuni - połowa września i ta od tych leków - początek października.
Szok, ale i radość, a potem taka chwila zastanowienia - owszem, teraz jest super, wreszcie nikt nikogo nie będzie zanudzał tematami o ginekologu i wszystkim związanym z dzieckiem, ale za rok... chyba nie wyjdą te comiesięczne spotkania... Tak małe dzieci nie dadzą dam się spotkać (bo choroba, bo coś tam), a nawet jak się spotkamy to będą wprowadzały taki chaos, bo jedno płacze, bo to marudne, bo śpiące... Nikt nie ma tyle pokoi, żeby każda mama miała komfort, a dziecko ciszę :D A te nasze comiesięczne spotkania to 4 godziny wyjęte z życiorysu...
I niby Wspólnota nam potrzebna i niby trzyma nas w ryzach i stawia do pionu, ale czy za rok to wszystko się nie rozpadnie? W tej całej radości to mnie zasmuciło...  No, ale może za dwa lata wrócimy i oby kontakty towarzyskie się nie urwały, ale temu raczej się nie damy :D

Dzieci niech się rodzą całe i zdrowe, bo to najważniejsze. Na początku będzie niezła jazda bez trzymanki, ale potem, za lat kilka... Jak te dzieci podrosną... Może wtedy będzie już normalniej? Dzieci będą się ze sobą bawić, a my dorośli siądziemy sobie przy stole z kawą i ciastem. W spokoju. I z jednej strony nie chcę, żeby czas szybko zleciał. A z drugiej strony nie wiedziałam, że z malutkimi dziećmi tak trudno prowadzić życie towarzyskie, bo jak nie jedno chore to drugie, albo nie spało dziś i jest bardzo marudne, albo człowiek po prostu nieogarnięty (to często) i syf w domu, że strach kogokolwiek zaprosić oprócz najbliższej rodziny...

Taaak, bo te najmniejsze Maluchy to na zdjęciach najfajniejsze :D

wtorek, 18 lutego 2014

Boże dziecko.

Na początek małe wtrącenie ;-) Nie było mnie w pracy tydzień i dzień jeden (kolejna choroba w naszym rodzinnym maratonie), dzień pracy się jeszcze nie skończył, a właściwie wszystko mam już porobione! Tak to można pracować :D Dlatego piszę.... W domu nie mam jak tego robić. Po prostu. Więc jak tu mi się uda to będzie. O!

A teraz do tematu. Bo to, że Zuz zachwyca mnie swoja mądrością i "dorosłością" każdego dnia pisać na nowo nie będę. Po prostu rośnie i niesamowicie się zmienia. A ja, szczególnie jak jestem w domu patrzę na nią i nadziwić się nie mogę. jeszcze przed chwilą była taka malutka nic nie rozumiała i dała "wmówić" sobie wszystko i czymkolwiek dało odwrócić się jej uwagę. Ale ten czas bezpowrotnie mija :)
No i tak od pewnego czasu Pozioma zaczęła pokazywać na ikonę Świętej Rodziny nad naszym łóżkiem i jak zwykle gadać po swojemu. Ja do niej zawsze, że to Święta Rodzina, że Matka Boża, św. Józef i Mały Jezus, bo mnie określenie "Bozia" po prostu śmieszy i do końca nie wiem co ma oznaczać. No i właściwie - myślę sobie - może wreszcie trzeba by razem się modlić? Do tej pory zawsze w imieniu Zuzi, przy jej zasypianiu starałam się modlić do jej Anioła Stróża, który na pewno nieraz ją uchronił od złego :P No i tak się zaczęło, wieczorem, jak się udało - wspólnie - klękaliśmy z M. na łóżku, Mała grzecznie dawała mi zrobić sobie znak krzyża i mówimy kilka modlitw... Niedługo to trwa, a ona... nie dość, że rano jak wstanie to patrzy nadal na ten obraz i przestaje te swoje chińskie wyrazy gadać dopiero jak się człek podniesie i zrobi choć znak krzyża i zmówi Ojcze Nasz. A wieczorem... czasem już nie chce mi się gnać po M., wołać go, kazać mu się odrywać od tego, co robi, tylko sama  z nią chce się modlić... A ona złazi z łózka, i idzie po M.!!!! Dopiero jak przyjdzie tato, to chce się dalej modlić.. Szok, przecież ona jest taka malutka! Przecież ona ta modlitwę to z nami na łóżku nie wytrzymuje, po znaku krzyża ponownie złazi, i wyjmuje np. co się da z naszych nocnych szafek. A my klęczymy, ręce złożone i patrzymy w górę. Bo ona nas obserwuje ;-) No tak... Mała, ale mądrutka :P:P:P
A ta jej "Boża" przygoda to zaczęła się z prababcią. Bo to od niej zabierała różaniec i nosiła jak korale, potem całowała Babcine medaliki z szyi, a teraz jak u niej jest trzeba jej podać figurkę Matki Bożej i krzyż  z Panem Jezusem i ona pocałować musi na przywitanie.

Dla mnie to wszystko ciągle jest szokiem, że są już rzeczy powtarzalne, przemyślane, choć jeszcze niewypowiedziane i po ludzku nienazwane. I akurat w tych naszych modlitewnych sytuacjach to odczuwam jakoś Ducha Świętego, który dzięki tej naszej małej istotce zbliża nas do siebie, zaprasza do wspólnego spotkania z Bogiem.

A to życie nasze takie zabiegane. Tak trudno je ułożyć jak kiedyś. Tak trudno jest nam być blisko Boga, a brakuje tego, brakuje....

czwartek, 6 lutego 2014

Ciążowy nastrój?

    W ciąży nr 2  z tym to tak samo jak w ciąży nr 1. Jakbym normalnie brała tabletki antykoncepcyjne. W sumie coś w tym jest... Spadek libido i niemożność zajścia w ciążę. I niby luz bananas o każdej porze dnia i nocy, a tu w głowie istnieje to jako myśl ostatnia!!!!! I jeszcze M. .... mega wyrozumiały... Ale głupia i ślepa nie jestem!!! I widzę i czuję, że on potrzebuje mnie, bliskości... Nas...
A ja jeszcze, przez tą ciążę jak mniemam, o 20.00 czuje się jak o 22.00 albo i później. Padam, odlatuję i nie wiem co się ze mną dzieje :/
Czuję się przez to wszystko złą kobietą i żoną. Nie potrafię się pogodzić ze samą sobą  z tym jaka jestem - bo chciałabym być inna. Normalna. Żeby po prostu mój mąż był zadowolony ze mnie ze swojej żony. Tak ogólnie. W każdym aspekcie. A ja ostatnio to nie wiem za co on mnie kocha :/ Choć ciągle to powtarza...
Chciałabym być po prostu lepsza. Ale chyba same chęci to za mało... No! Ale może jakoś przeżyjemy tą ciążę kolejną :)

Na razie czekam na USG. Na początek marca.

wtorek, 4 lutego 2014

Coś. Cokolwiek.

Uffff. Chwila przerwy w pracy!!!! :) Nie było mnie przez ostatnie trzy dni, a mimo to dziś udało się wszystko nadrobić. Znaczy, że znów, chwilowo nadszedł czas spokojny.... Ale to jak zwykle chwila przed burzą... ;-)

W domu nie mam TOTALNIE czasu, żeby siąść do komputera (ani ochoty - po 8h w pracy), więc jak będąc w pracy czegoś nie napiszę, to już w ogóle nie...
Chciałam też powiedzieć, że jeżeli ktoś myśli, że jest niezorganizowany, to jestem pewna, że gdyby zobaczył niezorganizowanie mojej rodziny, to na pewno humor by mu się polepszył. Ych. Wada moja największa - lenistwo oraz cenienie snu (wyspania) ponad wszystko oraz bałaganiarstwo i gromadzenie mało potrzebnych na co dzień rzeczy przez mojego męża daje niestety często istny domowy armagedon i niejednokrotnie budzenie się z ręką w nocniku.... Marzę wtedy tak bardzo o czystym domu, ciepłym, smacznym obiedzie na czas.... I wiem, że inni radzą sobie lepiej niż my i im zazdroszczę...

A jeszcze teraz druga ciąża... Nagle pojawiły się mdłości o każdej porze dnia (czasem i nocy, gdy nie mam sił na kolację), gdzie w pierwszej ciąży ich nie zauważałam. Senność, która mną włada, też jest o wiele bardziej uciążliwa, bo nie ma, że idę sobie spać, kiedy tylko chcę... Bo przecież Zuz! Kochane dziecko, które myśli, że tylko ono należy do mamusi. Nawet tatusiowi często nie daje przytulić mamusi... A tam mu przecież rośnie rodzeństwo.... ;-)

No i tak.... ciężki był czas u nas niedomagająco - chorobowy, ale powoli wychodzimy na prostą (Zuz wzięło na koniec). Bo oprócz tego, to często mam wrażenie, że M. jest bardziej troskliwy niż przy pierwszej ciąży i to jest piękne.
I choć chcę, to jeszcze to wszystko czasem mnie przeraża czy podołamy. Jesteśmy już o tyle mądrzejsi, choć z drugiej strony na pewno wiele jeszcze będzie nowych sytuacji... Ale nie my pierwsi mamy drugie dziecko (hahaha).