niedziela, 29 czerwca 2014

Rzeczy ważne i mniej ważne.

Minął tydzień od załamania stanu zdrowia mamy.

Tydzień nie minął jak leżeć muszę....
Ja się nie skarżę, nie wkurzam "czemu mi się to przytrafiło". Leżę przykładnie jak cielątko, a M. robi wszystko.... Nawet się nie odezwę, nawet nie pisknę, że tam nie dozmywał, tam nie wytarł, nie tak zrobił, nie dokończył... Dziękuję Bogu za wszystko, co robi, bo czasem robi więcej niż zrobiłabym ja.... Nie ma idealnego porządku, ale mnie to nie denerwuje. Jest on, jest córcia i synio w brzuchu.  niech tam siedzi i nie pcha się jeszcze na ten świat! Są dni lepsze, gdy napięcia brzucha praktycznie nie czuję, a są i takie - jak wczoraj, gdy miałam wrażenie, że choć na króciutko, to twardniał cały czas. Najgorsze, że sama nie jestem niczego pewna, bo gdyby dr mnie tak nie przestraszyła, to bym pewnie normalnie chodziła i na wiele rzeczy uwagi nie zwracała, a jak tak się leży, to ciągle się po brzuchu macam czy to już twardy czy jeszcze nie... Martwię się chyba na zaś... No, ale! Jakoś intuicyjnie czuję spokój i tego się trzymam. Wolę leżeć w domu niż w szpitalu. I choć czuję się przez to okropnym darmozjadem, to leżę i myśli krążą w nicości, by nie przyszły te najsmutniejsze. Bo wszystko wydaje się takie do zniesienia, takie z końcem radosnym, a jednak wciąż w głębi ten smutek, ten brak rozluźnienia, ta niepewność co czeka nas dalej?

Piszę do Niej smsy, wysyłam zdjęcia, a wczoraj pojechaliśmy na chwil parę. Jest taka spokojna, bo cóż zrobić może? Czasem zapłacze, bo tak bardzo coś by chciała powiedzieć, usta już ukaądają się do słów, ale mózg nie pozwala. A to naparwdę trudno zgadnąć o co chciała zapytać. Śmieję się: "Mamo, widać już się w życiu nagadałaś, teraz masz słuchać." I Ona też się trochę uśmiecha. Są słowa, które powtarza, są zdania, któe potrafi powiedzieć. Wczoraj na odchodne powiedziała ze mną bez żadnego zająknięcia Aniele Boży, Ojcze Nasz i Pod Twoją obronę. Aż mi się oczy zaszkliły, bo gdy pytałam czy może się modlić, to pokręciła głową i powiedziała: "rozproszenia". A tu z kimś - proszę - na głos powiedziała i choć było widać, że sprawia jej to, być może niewielki, ale wysiłek, była bardzo szczęśliwa i dumna.
Czy jest pogodna? Spokojna? Nie jestem tego pewna, choć M. mówi, że "wygląda" pod tym względem lepeij, niż jak była w domu. Tam praktycznie zawsze przygnębiona. Teraz, tak patrzy na wszystko z miną niemowlaczka, uśmiecha się, ale nie ma radości większej i mniejszej. Jest na twarzy ciągle taka sama. To, że w domu często była "cierpiąca" nie wynikało zawsze z bólu fizycznego, bardziej z psychicznego - bo na pewno (wtedy w pełni świadoma), wiedziała, że w końcu spotka ją coś takiego, co dzieje się teraz...
Tak sobię myślę, że tak właśnie było, bo przecież ona nic mówić nie chciała na ten temat...

W moim sercu nadzieja, że jej stan się jeszcze polepszy, przeplata się z myśleniem: "byleby tylko jak najkrócej cierpiała". Pocieszać jej nie umiem, mówiąc "wszystko będzie dobrze" albo może "nie martw się, w niebie będzie Ci lepiej". Ona nie mówi o śmierci, o końcu, dlatego nie czuję, że jest z tym pogodzona.....

Nie mam pretensji do Boga, nie pytam dlaczego właśnie Ona. Bo wiem, że jeśli już zechce ją do Siebie zabrać, będzie tam szcześliwa, bez bólu, spotka się z tymi, których tu żegnała.
Tylko nam będzie tu cholernie pusto.

1 komentarz:

  1. Nie znajdę odpowiednich słów, ale wiedz, że myślami jestem przy Tobie

    OdpowiedzUsuń