środa, 25 czerwca 2014

Życie za życie?

Nie wiem co pisać. Od czego zacząć i na czym skończyć. Nie wiem, co czuję, bo staram się nie myśleć. Odwracam myśli od wszystkiego złego i smutnego, ale gdy na moment wrócę, to nadal jest...

Był piękny weekend z Bożym Ciałem na czele. Wracając do domu, moja mama trafiła do szpitala. Niedowład połowiczny, nieumiejętność wypowiedzenia żadnego słowa.... Gdy dojechaliśmy była jeszcze na SORze. Kazali nam czekać na nią na oddziale. Tato i moje siostry. Gdy ją przywieźli uśmiechnęła się do nas. Świadoma wszystkiego, ale bezwolna.... Siedzieliśmy z nią na sali, widziałam jak parę razy ściskała wargi by nie zapłakać. Potem rozmowa z lekarzem. Przerzut do mózgu plus krwawienie, które spowodowało te wszystkie zmiany. Na chwilę obecną walka z obrzękiem. Poniedziałek wieczorem mama powiedziała kilka słów. We wtorek coraz więcej ich powtarzała i była z tego powodu bardzo radosna... Przeniesiona na salę z mniejszym nadzorem. Czyli.. Lepiej? To daje radość, ale przecież Pan dr pokazywała tego guza na tomografie i prześwietlenie płuc już tak bardzo zajętych.... To się nie cofa... to rośnie... Najbardziej boję się Jej bólu i cierpienia... Nie wiem ile jeszcze Jej - nam zostało... Ona nigdy nie chciała o tym rozmawiać, właściwie poddawała się bez walki. Sama wolała wiedzieć jak najmniej o swojej chorobie. Nigdy nie otworzyła wyników badań - zawsze czekała aż zrobi to lekarz. Wszyscy siedzieliśmy i siedzimy na bombie. I choć wiedziałam, że w końcu coś się stanie, nie byłam na to gotowa. Nigdy nie będę. Nadal nie wierzę, że ona jest tam w tym szpitalu. Nie wiadomo czy zrobią jej operację, która może ten stan pogorszyć mimo, że guz wycięty, czy będą ją naświetlać - co do tej pory przyniosło tylko jej ból i cierpienie, a nie poprawiło ani trochę jej stanu zdrowia. Czasem myślę, że ona nie chciałaby robić nic.. A ja miałam już myśl, że wolałabym, żeby Bóg zabrał ją do siebie niż by tu na ziemi ją bolało, by czuła upokorzenie swym stanem - wszystko doskonale czuć i rozumieć i nic nie móc zrobić i powiedzieć. Gdy pisałam do przyjaciół o modlitwę - prosiłam o pokój w jej sercu i w naszych. Tyle... Więc czy ja już nie wierzę w jej uzdrowienie? Nawet nie potrafię modlić się o jej zdrowie. Proszę, by nie cierpiała.
Chciałabym by była z nami jak najdłużej - by cieszyła się nowymi wnukami, ale gdy ma ją boleć i ma potwornie cierpieć już nie chcę nic... Boję się, bo to wszystko jak film. Trudno przyjąć, że mnie to dotyczy, że zniknie ktoś tak bliski... A co myśli Ona? Moja siostra mówi, że pogodziła się już ze śmiercią... A ja myślę, że jest jej świadoma, ale nie z nią pogodzona. Zbyt często płacze... A przed nami udaje, że wszystko w najlepszym porządku....



Ja wczoraj po południu miałam wizytę. Wyszłam od lekarza z zaleceniem leżenia. Pewnie minimum do 33 tyg. Twardniejący brzuch. Zero odwiedzin mamy w szpitalu - bo to powoduje być może stres  i moje skurcze. Chciało mi się wyć. Moja mama... nie wiadomo jak długo świadoma, na pewno pragnąca nas widzieć, słyszeć.. A ja przykuta do łóżka, bo jest jeszcze to najmniejsze, które chronić trzeba. :/   Ani pomóc ani przy niej być... Cały dom na barkach M. Jeszcze tego nie widzę i nie pojmuję. Na chwilę obecną pomoc jego bratanicy. Od przyszłego tygodnia nowa organizacja... Bóg dał mojej córeczce mądrość, że z łóżka mnie nigdzie nie ciągnie. Albo bawi się w pokoju obok albo  babci albo ze mną na łóżku....

 Najsmutniej z tą Mamą :( Chciałabym choć raz na kilka dni pojechać do niej.....

To wszystko naprawdę jest nie do pojęcia..  Uciekam od trudnych myśli, ale czy to właściwy sposób???



Mówi się - Do jutra
A umiera dziś.
ks. Jan Twardowski

5 komentarzy:

  1. Ściskam Cię bardzo mocno i życzę dużo zdrówka Twojej mamie i dla malutkiego życia :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Popłakałam się, ja bym chyba oszalała.
    Otaczam Was modlitwę, głęboko wierzę w to, że jeszcze będziesz miała czas pożegnać się z mamą.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja to przeżyłam i przeżywam nadal i nie życzę tego nikomu :( Najgorzej jak dzieje się nagle bez żadnego ostrzeżenia i nie można się pożegnać, powiedzieć tego co by się chciało. Bo to już na zawsze chyba w człowieku zostaje. Może nie warto tracić nadziei. Może jeszcze nie wszystko stracone...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za to teraz Bogu dziekuje. Ze nie dzieje sie to nagle.. I choc na poczatku nawet przez mysl nie przechodzil koniec, od jakiegos czasu gdzies w glowie jest smierc... Choc widze tez ze na to nie da sie przygotowac. A u mnie teraz nadzieja przeplata sie z e zrezygnowaniem.

      Usuń
  4. Kurczę, aż nie wiem, co napisać. Pamiętam w modlitwie :* :

    OdpowiedzUsuń