sobota, 20 grudnia 2014

Strach i starość.

Zaczęło się od Mikołaja (specjalnie nie napiszę: świętego - bo to przebierańce). W nocy przyszedł ten prawdziwy. Rano lekko bała się pójść do swojego pokoju, bo oczywiście w nocy przywędrowała do mnie, ale weszła, otworzyła prezent, cieszyła się... Potem imieniny poza domem i ktoś miał strój Mikołaja, ktoś drobne prezenty i chętny się znalazł do przebrania. Były zamknięte drzwi i pukanie do nich... A zuz stoi przy mnie i już się denerwuje. Jeszcze jak mówiliśmy, że zaraz przyjdzie Mikołaj to nic nie dawało, że stała przy mnie (choć zawsze na utulenie jej wszystkich bolączek mama wystarczała). Mówi: "Chcę do swojego domku.." Ale Myślałam, że jakoś z daleka popatrzy. Ale nie rozpłakała się i krzyczała tak przeraźliwie jak dorosły na najstraszniejszym horrorze. Nie wiem czemu tak. Skąd ten strach. Niektóre dzieci tak ponoć mają... Mikołaj musiał natychmiast wyjść.

Od tego się zaczęło. Teraz widzę, że pojawiają się kolejne rzeczy, których moja córka się boi. Gadający piesek w telefonie, który nagle wyjrzał zza gazety, Mikołaj w bajce z jej ulubionego Klubu Myszki Miki. Aż uciekła do swojego pokoju. Tam czuła się bezpieczniej niż przy mnie, bo nie widziała. A wczoraj weszła do kartonu po przesyłce, a ja mówię, że może wyślemy Cię? Damy listonoszowi i będziesz paczuszką. Wyszła natychmiast i mówi, że ona nie chce być paczką... Albo przedwczoraj. Kąpała się jak zwykle pod opieką taty. Zaczął on puszczać zajączki  z lusterka po ścianie, śmiała się wniebogłosy. Nagle światło skierował na jej brzuch i mówi: o jest na twoim brzuchu! Rozpłakała się natychmiast i chciała jak najszybciej wychodzić z wody.

I zadziwiamy się tym, że proste, zwyczajne rzeczy powodują w niej strach. I szkoda mi jej. Potem jak o tym rozmawiamy i ona mówi, że "troszkę się boiła". Ale nie jest wytłumaczyć dlaczego. Malutki rozumek małego człowieczka...

Najgorszy był jednak Mikołaj. Teraz usłyszy jakiś szmer, stukot, pukanie. Pyta: "kto to?" Myślałam, że to nowy etap zainteresowania. A pewnego razu wyszło, że upewnia się, że to nie Mikołaj...




A w ogóle ostatnio coś odkryłam, co trochę mi pomaga...
Leżałam tak sobie karmiąc i usypiając Malucha. I choć w dzień jak zwykle były plany, że jak dzieci zasną to ogarnę tu, zrobię tamto... Wiedziałam, że z każdą minutą mam coraz mniej siły by wstać z ciepłego łóżka..... Zza ściany dobiegał dźwięk telewizora starszej sąsiadki - która zawsze wtedy ma włączone TV Trwam....
Jej mąż zmarł niewiele przed naszym ślubem.
Pamiętam jak stała karetka pod domem. Długo, długo. Jak my się remontowaliśmy....
I tak sobie wyobraziłam jak siedzi sobie teraz sama w fotelu, w czystym mieszkaniu. Sama. Ma wszystko posprzątane. Zawsze. Bo kto jej bałagani? Choć ona nie jest doskonałym przykładem, bo razem z nią w tym domu mieszka syn z rodziną. Wprawdzie na innym piętrze. Ale jest.
Jest jednak przecież mnóstwo takich starszych pań. Co tak same mieszkają i do sprzątana mają chyba tylko kurze. A wszystko zawsze na czas.
I od razu sobie pomyślałam, że wolę ten mój bałagan i ciągły niedoczas. To, że wszystko jest wszędzie oznacza, że nie jestem sama! Że mam wszystko, co kocham!

poniedziałek, 8 grudnia 2014

O tym, że mężczyzna nigdy nie zrozumie kobiety. Matki.

Właściwie dzień jak co dzień. Najpierw walka, żeby się ubrać. Albo przy względnych wiatrach - żeby pomóc się ubierać, bo oto ona chce SAMA. Potem ścielenie łóżka - jedynie przy pomocy Poziomy - w podawaniu sześciu ciężkich poduszek służących za oparcie narożnika, wcześniej trzeba również skorzystać z pomocy przy wkładaniu pościeli. I nie ma, że nie zauważy... Jak samemu ustawisz podsuszki to je ściągnie z rykiem i hasłem, że to ona chciała podawać. I gdzieś w międzyczasie śniadanie. Mojej i jej. I to wszystko w dość dużym napięciu, bo trzeba to zrobić przy dobrym humorze tego młodszego, które trudno w tym czasie trzymać na rękach. I choć on naprawdę jest do rany przyłóż, to ma przecież swoje humorki. /Choć Zuz bije go na głowę!/

Uf... Jest jakaś 9.00. Poranne obowiązki wykonane. Gdzieś w między czasie jakieś karmienia. A od 10.00 można już tą Starszą namawiać na spacer, który koło 11.00. W zależności o której brat zdołał  uciąć sobie drzemkę przy cycusiu.  Potem w napięciu trzeba w dość krótkim odstępie czasu nakarmić syna, ubrać na dwór córkę (ustalmy, że jest już namówiona i poddaje się czynnościom ubierania), potem samą siebie, na końcu bohatera, który wyraźnie potrzebuje dłuższego snu. i... przy wtórze większego lub mniejszego płaczu, jednego albo dwóch, cała zapocona i znerwicowana wychodzę wreszcie na powietrze.

Spacer często jest staniem w miejscu i marznięciem, bo oto córa zalicza napotkane murki i ani myśli iść dalej. Cóż, plac zabaw o tej porze roku zamiera... No nic. Ja marznę, ale synio śpi, a córcia łapie tlen.

Z godzinę wracam zmarznięta z modlitwą na ustach, żeby udało się go położyć śpiącego w domu, żeby spał jeszcze te dwie godziny jak to ma w swoim zwyczaju, a samemu... zabrać się za obiad przy wtórze starszej marudy. Pocimy się dalej i wymyślamy kreatywną pomoc w kuchni dla dwulatki. Dziś padło na krojenie pieczarek nożem do smarowania masła. Robiła co mogła.. I wszystko byłoby git, jakby Młodszy się nie obudził.... Dziś jednak coś mu przerwało sen, a obiad zrobić trzeba! Dziś szczepienie, więc jak M. wróci z pracy obiad musi już być! Pocę się więc podwójnie. Z niedospaną Marudą i z Małym, Nieśpiącym.

Obiad dla córki z coraz bardziej marudzącym synciem. Bo przecież krótko spał po spacerze, więc nadal chce spać. W chuście mu źle. O raju, jak ją karmić?? Ok. Czasem lubi trochę swobody, kładę, go więc obok na łóżku, zdejmuje porcięta, niech macha nogami, a ja kończę szaleństwo karmienia. Potem szybkie usypianie w chuście z łażeniem po całym domu i z zerkaniem na Zuz.

Niecierpliwie oczekuję godziny powrotu ojca dzieciarni. Że choć trochę odciąży, że wreszcie wezmę Poziomę na ręce, a nie kolejny raz powiem jej: poczekaj teraz nie mogę. Bo odkąd włączyła jej się zazdrość, na ręce do mnie chce nieustannie... Biorę telefon i zastanawiam się czy już dzwonić gdzie on jest?! Już powinien być. Zaraz ze wszystkim nie zdążymy. Niewyspanie Małej coraz bardziej daje się we znaki, ale przecież uśpić w dzień się nie da! Dzwonię. Nie odbiera. Dlaczego nie odbiera??? Nie dość, że go jeszcze nie ma, to jeszcze nie wiem za ile być zamierza. Powoli dostaję szału. Dobra. Trzeba radzić sobie samemu... Myję włosy. Młody w bujaczku, Starsza na kibelku, prawie skacze przez kabel od suszarki, rusza wszystko co nie wolno. A ja przypominam sobie, że kiedyś w łazience bywałam sama... To teraz ubieranie towarzystwa bo przecież jest już tak późno, że jak on wreszcie powróci to trzeba być gotowym! Ten brzęczy, tą przekonywać, że strój, który jej wybrałam jest fajny i wszystko do siebie pasuję i w ogóle świetnie wygląda...


W końcu powrócił. Mąż i ojciec. Oddaję mu syna, kończę dlań obiad i po części dla mnie.. I w pewnym momencie zauważam:
- Ale dziś w końcu, znowu godzinę później wróciłeś.
- No. Tak. Ale tak szczerze to chcesz wiedzieć czemu?
Sama nie wiem czy chcę wiedzieć. Co to zmieni, Ciagle ma pieryliard spraw, A to dziennieki, a to rodzice a to dyrektor. Ale sam zaczyna:
- Wiesz, bo siadłem do komputera i wszedłem na youtube i wiesz. Niektóre piosenki są tak popularne, że maja 5mln odsłon. Czaisz to?!
??????????? Wtf??? Co on do mnie gada? Ja to walczę z nimi dzień cały. Spinam poślady od rana do południa, a on sobie po lekcjach jeszcze na youtube postanowił wejść.

Łzy mi stanęły w oczach i gulę w gardle poczułam mieszając ten sos pieczarkowy z mąką i śmietaną... Jeść mi się odechciało... Męska beztroska po raz kolejny. Tym razem w wydaniu mojego męża. Ojca. Który nieraz jest tylko jak kolejne dziecię me...

środa, 3 grudnia 2014

Czy to możliwe?

Czy to możliwe żeby nie mieć żadnych pasji i zainteresowań?
Czy to możliwe, że nie tęskni się za niczym, czego teraz nie mogę, bo dzieci małe, bo dom do ogarnięcia...
Czy to możliwe, żeby nawet jak wytęży się swoje myślenie nie znaleźć nic co sprawiałoby radość i jeszcze robiąc to, znaleźć jakiś sposób na zarabianie pieniędzy?
Czy to możliwe, że nie ma rzeczy, która byłaby odskocznią od matkowania?

Przecież to niemożliwe, że Bóg nie dał mi żadnych talentów, które mogłabym rozwijać...

Gdzie popełniłam błąd? Tak tkwię sama w sobie. Odpoczywam w samotności. Ciągnie mnie jedynie do robienia niczego - jak mam wszystkiego dość...

M. stając się ojcem, musiał póki co zrezygnować z tylu pasji, zainteresowań. Bo nie ma czasu, nie ma jak, nie ma gdzie.... On jest w tym wulkanem.... Tęskni...




A ja?

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Do mnie.

"Jeśli wierzysz, że Bóg jest wszechmogący i zwracasz się do Niego w chwilach utrapień, to skąd w twoim życiu tyle strachu o jutro? Przecież pewność Bożej mocy powinna otrzeć z oczu łzy i zabrać wszelki smutek. Może bierze się to stąd, że pomimo wiary w moc Boga wątpisz w Jego miłość do ciebie? W to, że chce dla ciebie tylko dobra?"

niedziela, 30 listopada 2014

Czekając.

Niedziela. Miała być leniwa. Bez planów. Ale radosna. We czwórkę! Zuz  już piąty dzień gluci. Karol - trudno mi określić, bo od dwóch dni coś mu czasem w nosie brzęczy. To psiknę Marimerem, rano małego glutka odciągnę... I tak wygląda jego katar (z Zuz leje się hektolitrami - dziś już tylko z jednej dziurki:P). Także synia niewątpliwie w prawie pełnym zdrowiu trzyma moje mleko :) M. już brało. Ale po dniu przeszło, mnie też, ale bardzo lekko. Tak więc ze względu na córę miało być w domu. M. poleciał na 9.00 na mszę, ja miałam wyjść pospacerować z Małym i pójść z zaśniętym i pospacerowanym na 12.00... Wszystko grało. Wyszykowałam się... Juz już brałam go do karmienia ostatniego, gdy nagle to coś mu się nie spodobało, rozwył się..... I wtedy to właśnie niedziela w spokoju i radości poszła się... No. Tu nie chciał jeść, zwył się. Uspokajał się. Przysypiał, przebudzał, zjadł, znów się zwył. Znów zasnął... I tak parę godzin... Za winowajców obstawiam brzuch i zmęczenie. Choć pojęcia nie mam co mu tak zaszkodziło... Tu zmęczony, tu boli, tu znów possie, żeby zasnąć a to znowu boli...
I przypomniało mi się wszystko z Zuz. Jakie to było męczące, że pomóc nie można, że wszystko źle... I pomyśleć, że z nią było tak codziennie... A z nim dopiero drugi raz! Z nim o tyle gorzej, że ma tą przepuklinę. Truchlejemy i zaglądamy  w pieluszkę. Jest napięta. Ale on przecież ryczy, więc to dlatego. Minie, czy trzeba będzie jechać na IP? A może koło samo się nakręcało? On płakał najpierw z nerwu, potem ze zmęczenia, a potem może z bólu, bo go ta przepuklinka cisnęła? A może to coś z nerkami? Mamy też się mieć na baczności jak będze jakiś "inny" niż zwykle.. I tak oto, każdy większy płacz u niego jest stresem poczwórnym chyba. Bo do końca nie wiadomo czemu płacze. I czy przestanie czy wylądujemy w szpitalu...
Bo tak generalnie to na co dzień jakbyśmy zdrowego chłopca mieli...

W końcu zasnął na dłużej. Ale oczywiście po odłożeniu za jakiś czas obudził się, potem ponownie ululany zasnął i śpi M. na ramieniu, a mi udało się pójść na 16.30.. Zuz na nasze szczęście została zabrana do swojej siostry ciotecznej (rodzice w/w jak widać mają gdzieś gluta), a Karolo trochę spokoju na sen...

Z tego wszystkiego wyszło tyle, że byłam sama na mszy w pierwszą niedzielę Adwentu. Uświadomić sobie mogłam, że to nie tylko czas czekania na Boże Narodzenie, ale i na Chrzest Święty... Chwila wolnego myślenia... By przygotować siebie i wszystko....

piątek, 14 listopada 2014

Małe trudy rodzicielstwa.

Nie wiem właściwie czy dalej tu pisać. Udaje mi się to coraz rzadziej i do końca nie wiem dla kogo czy po co to robię... Zaczynałam z zupełnie innym nastawieniem, teraz - jest ono we mnie zupełnie inne. A coś takiego jak "wolny czas" aktualnie nie istnieje w moim słowniku. Nie wiem... Mam parę blogów, które uwielbiam czytać. Pisać też bym chciała... Ale... ech... wiele rzeczy bym chciała a sił nie wystarcza.

Ogólnie to nasz Malec kolekcjonuje różne przypadłości :/ Zaczęło się od cukrzycy ciążowej, która nie pozwoliła mu normalnie przybierać na wadze (choć to moja tylko teoria) i czerpać  z mojego pożywienia tyle ile by mógł. Choć przynajmniej ominęła go masa niepotrzebnych słodkości przynajmniej ;) No i cóż. Potem ten zastój moczu, o którym też dowiedzieliśmy się jeszcze w ciąży, a który po porodzie nie odpłynął, potem jakieś wodniaki w jąderkach, które niby mają same zniknąć, a teraz się okazało, że ma przepuklinę pachwinową i czeka go raczej na pewno operacja... :( I choć Poziomę od małego męczyła alergia, to przy nim dowiadujemy się o takich przypadłościach, o których pojęcia nie mieliśmy... Dziękować Bogu, że wszystkie uleczalne... I że naprawdę są dzieci, które mają gorzej...

Patrzę na niego jak słodko śpi. Kocham go. Poziomeczkę też.

sobota, 1 listopada 2014

Łóżko czteroosobowe.

Powiem tyle. Dobrze, że kupiliśmy łóżko z największą powierzchnią do spania jaką się tylko dało - biorąc pod uwagę wielkość pokoju i konieczność jego składania w narożnik. Ma tak właściwie prawie tyle samo miejsca do spania, co nasze pierwsze łóżko, gdy mieliśmy jeszcze własną sypialnię... chlip...

***Ale nic to ;-) I tak o wiele bardziej wolę moje cudowne dzieci niż własną sypialnię!***

Okazuje się, że musi ono pomieścić 4 osoby... Na szczęście dwie nie są jeszcze zbyt wielkie, ale swojego miejsca też potrzebują...
Co tu dużo mówić. nam przestrzeń potrzebna, żeby się dobrze wyspać, naszym dzieciom nie! Wolą gnieździć się z rodzicami!!! Pozioma raz zasypia z nami, raz w swoim łóżku. Jednak gdzie by nie zasypiała w środku nocy ląduje u nas. Mało jest nocy takich, żeby całe przespała w swoim łóżeczku. No cóż. I co najgorsze coraz częściej przychodzi z płaczem. Nie wiem czy jej się coś śni, czy brak rodziców blisko czy co... Dobrze jeszcze jak się potulnie kładzie i przytula do tatusia, gorzej, gdy obiektem ukojenia musi być mama! Obok której śpi bądź co gorsza podjada Karolo... Ech. Nerw czasem łapie i noc podwójnie niewyspana, bo przez dwójkę... I zastanawiam się jak długo tak... Bo synuś po pierwszym nocnym przebudzeniu też śpi już z nami. Z powodu braku moich sił do ciągłego wstawania. I gdyby nie lekka ciasnota, nocne tłumaczenia Zuzi; "nie płacz, przytul się do tatusia, mamusia teraz karmi" wspólne spanie z Karolkiem można zaliczyć by do prawie przespanych nocy. Owszem je kilka razy, ale najczęściej nie robi niepotrzebnego zamieszkania swoją osobą, gdy ma możliwość spania obok jadłodajni. Do tego ciepłej i mięciutkiej!
Żeby zdobyć trochę większą przestrzeń M. kładzie się z Zuz często odwrotnie niż ja. :) I tak wąchamy swoje stopy ;) Także tego, z jednym dzieckiem lajt jest. Przy dwóch lekkie niewygody. Ale jakoś funkcjonujemy w tej komunie. Strach mnie ogarnął, bo planujemy wyjazd do teściów. A tam do dyspozycji wersalka, do tego mega skrzypiąca. Te noce nie będą przespane jeśli czegoś nie wymyślimy...