niedziela, 7 września 2014

Nasza szpitalna przygoda.

A zaczęło się od tego, że cc miała być zaplanowana i wcześniej, więc "niech się Pani zgłosi do tego i tego doktora, niech Pani porozmawia co i jak...". I wizyta umówiona była i poszłam na nią i Pan dr pamiętał mnie, w sensie, że moja Pani dr faktycznie na mój temat już z nim rozmawiała. Usłyszałam po raz dziesiąty o zagrożeniach związanych z cukrzycą i że są te inne wskazania, więc cc, no i że wcześniej... "Ale niech Pani przyjdzie w poniedziałek na usg zobaczymy ile dzidziuś waży, bo jak już jest duży to może od razu Panią położymy do szpitala."
No a ja wiedziałam, czułam, że duży to on nie jest, bo by się nie miał, gdzie duży zmieścić. Całkiem więc spokojnie szłam na to usg. Toż to dopiero 37 tydz. Ciąć mieli w 39tyg... No a na usg się zdziwiłam... Bo chociaż Maluch niecałe 3kg Pan dr stwierdził, że na izbie widzieć chce mnie dnia następnego! A ja.... Szok! Płacz. Ludzie, którzy widzieli mnie wychodzącą z gabinetu myśleli pewnie, że coś z dzidziusiem... A to tylko ja nie mogłam uwierzyć, że już zaraz mam się pakować. A co z Małą? M. ma już rady w szkole. Wszyscy jak na złość powyjeżdżali. W domu niby po remoncie, ale jeszcze za dywanem mieliśmy pojeździć, za stołem. Jeszcze tydzień, choć tydzień... Błagam dra o kilka dni... On mówi, że siłą mnie nie zaciągnie, ale cukrzyca to jakieś zagrożenie, trzeba mnie w szpitalu już obserwować, choć z tydzień. "No 10 dni Pani u nas poleży" ( że już za tydz, cc?). Ja już czarne wizje jak będę funkcjonować na szpitalnej diecie - przecież w domu miałam ustalone swoje pory jedzenia wiedziałam co mogę, co nie. Dieta w szpitalu - nawet cukrzycowa pozostawia zawsze wiele do życzenia...
Ale co? Ja nie miałam odwagi brać odpowiedzialności za Malucha sama w domu. Bo niby zagrożenie obumarciem wewnątrzmacicznym też istnieje przy cukrzycy ciążowej.. A tam dzień w dzień ktg i jeszcze miliony razy słuchanie jego serduszka przez położne.
Więc faktycznie poleżałam tydzień - pojadłam przeróżne rzeczy i nadziwić się nie mogłam, że cukier aż tak bardzo nie skakał. Insulinki zwiększyć sobie musiałam i generalnie głodna chodziłam o wiele gorzej niż w domu... Ale.... "obserwowali mnie";
-Jak tam Pani cukier?
-Dobrze.
Od szpitala zawsze bronię się rękami i nogami. Ale tam jakoś szybko się przyzwyczaiłam. Bo leczyć nikt mnie nie leczył i był to mimo wszystko czas radosnego oczekiwania... Wiedziałam, że czeka mnie cc, że będzie jeszcze szybciej niż myślałam, bo nawet w 37 miała niby być, ale jak lekarz zobaczył, że nic się jeszcze nie "rusza" to stwierdził, że poczekamy jak skończę 38 tydz. A była to niedziela.. Jako, że wtedy ten lekarz prowadzący moją salę miał dyżur, w pon. go nie było. Umówiliśmy się więc, że we wtorek jestem na czczo i zobaczymy...
Czekałam pełna emocji, dzień przed modliłam się, żeby tylko nie było komplikacji, żeby ze mną i z dzidziusiem było wszystko w porządku i niech Maryja się opiekuje i da mi cierpliwość jeśli jednak to nie będzie wtorek. I... i niech mama nade mną czuwa... A w nocy śniło mi się, że idę do tego szpitala na tą cesarkę i mama trzyma mnie za rękę!!! Jak się obudziłam i sobie to uświadomiłam, to aż się popłakałam. Czyż mogłam mieć piękniejszy sen??
Rano lekkie zamieszanie - jeszcze przed wizytą (to dzięki cioci, która podgadała komu trzeba - bo wróciła z urlopu i zaczęli trochę wokół mnie skakać...). Badanie, usg... 38 tydz. skończony. "Dzisiaj Panią rozwiążemy". Kamień spadł mi z serca. Bo to czekanie też się dłużyło, głód mi doskwierał i coraz bardziej mnie denerwował.
Potem wszystko jakoś szybko poszło.... Tu zabieranie swoich rzeczy, windą z łóżkiem dwa piętra wyżej. Na porodówce cisza i spokój, nikt nie rodzi. Tylko my, bo M. zaraz przyjechał. "Niech Pani przygotuje jedną pieluszkę". Boziu i wyjmuję ją.... I zaraz nałożą ją istotce, której jeszcze tu z nami nie ma!!! Jakie to cudowne, a zarazem niesamowite uczucie. Powolne wypełnianie dokumentów, uśmiechy, oczekiwanie. "Jakie Pani chce mieć znieczulenie?" Oczywiście zewnątrzoponowe, chce go widzieć jak najszybciej!!! Świetny anestezjolog... I w ogóle wszystko w takim moim spokoju wewnętrznym. Zaczęło się... A ja czekałam w pełni świadoma i strasznie mi się dłużyła ta chwila, ale drugie cięcię trwa trochę wolniej i inaczej. Trzeba się pierwszej blizny pozbyć i w ogóle.. Ale w końcu go wyjęli, a on nawet nie zapłakał - widziałam jak go wyjmowali, wyglądał jakby się nie zczaił, że zmienił środowisko :) Spał dalej i ssał sobie buzią :) Pokazali buzię, pokazali jąderka. Zabrali na umycie, ważenie itp i wtedy wydał głos :)) Potem Pani położna znów go przyniosła, przytuliła jego buzię do mojej, jaki on był cieplutki!!!!! łzy wzruszenia popłynęły. Kurcze... Synio jest na tym świecie!! Mnie zszywali, a Karolek był z tatusiem - cichutki i grzeczniutki....

I tak jest do dziś. Zje i generalnie śpi. A jak nie śpi... to nie płacze!!! A z Zuzią nie było tak różowo... Oj..
Trochę po cc wycierpieliśmy się w szpitalu, ale z dnia na dzień jest coraz lepiej :) Zuzinka jak najlepsza starsza siostra przyjęła braciszka i póki co jest dla mamy bardzo wyrozumiała, a jak Karolek płacze to sama krzyczy, że mam go wziąć na ręce!!!
Oby teraz to wszystko potrafić pogodzić, zmienić szpitalny rytm na ten domowy z tyloma obowiązkami - jak się teraz wydaje..
Kązdy dzień będzie więc naszym nowym sukcesem :)

6 komentarzy:

  1. Twoja Mama się Wami opiekowała z całą pewnością :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Aż się popłakałam ze wzruszenia. :)
    Jeszcze raz gratuluję!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciesze się że wszystko się udało i że synek zdrowy

    OdpowiedzUsuń
  4. I ja się poryczałam. Cieszę się, że w takim spokoju się to odbyło. Ściskam Was mocno

    OdpowiedzUsuń
  5. I powodzenia na tej pełnej sukcesów drodze:)))) Cieszę się razem z Tobą. Sciskam:*

    OdpowiedzUsuń
  6. Kurcze z opisu tak mi się skojarzyło ze szpitalem w którym ja leżałam przez tydzień, na dole patologia ciąży a na drugim piętrze porodówka:D Cieszę się że wszystko poszło dobrze i gratuluję:)

    OdpowiedzUsuń