poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Niezapowiedziany gość.

Wracamy w piątek z pracy. Razem. Z dobrymi planami na popołudnie, szczęśliwi, że wolne przed nami, a tu w domu wita nas Glut... I wszystkie plany można sobie wsadzić gdzieś tam.. Pytanie, które nurtuje mnie do dziś, gdzie ona się i od kogo zaraziła? A może my z pracy cos przynieslismy tylko bardziej od niej odporni??
Na szczęście póki co z gluta nic się jeszcze gorzej nie rozwinęło - typu kaszel. Ale i tak jestem tym wszystkim poddenerwowana, bo ona nic ni daje sobie zaaplikować, psiuknąć do nosa (chociaż z tym było zawsze najmniej problemów), wyciągnąć... jest taki płacz, że serce się kraje, ze sami jej fundujemy. Ograniczamy się do minimum, więc radość podwójna, że nie kaszle.
Ale weekend wyjęty z życiorysu. szczególnie niedziela, kiedy jednak coś jej jednak było więcej, bo nie chciała mnie puścić, w końcu po drzemce płakała i płakała, wyglądała na niewyspana, a zasnąć juz nie potrafiła. W ruch poszedł przeciwgorączkowo - przeciwbólowy i z sekundy na sekundę jak ręka odjął! Już planowałam zwolnienie, ale póki co okazało się, że obędzie się bez tego.

Wyszukuję palcem jakiejś wychodzącej piątki, ale nic nie czuję! A łapkę do buzi ostatnio wkłada nader często.. Choć mam wrażenie, że to z jakiegoś głupiego nowego przyzwyczajenia O_o.


Choroby są dla mnie najgorsze. Choć co to za choroba przy wielu innych rodzicielskich zmartwieniach. Więc mimo, że jest mi na tą chwile ciężko, staram się dziękować, że to tylko katar... Choć ciągle go trzeba wycierać, bo spływa,  a niunia choć się stara, dmuchać nie potrafi....

Święta. Święta? Kiedy? Jak? To już? Na takim to u mnie etapie...
Nie wiem co, nie wiem gdzie, nie wiem z kim...

Czuję się tak strasznie niezorganizowana. Ale to minie. Minie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz